Słowo Moderatora Generalnego Wspólnoty na Adwent i rozpoczęcie nowego roku liturgicznego

Drodzy Siostry i Bracia!

W Ewangelii rozpoczynającej nowy rok liturgiczny czytamy o strasznych kataklizmach, które mają się dokonać na końcu czasów, o znakach, po których nie będzie już wątpliwości, że to koniec. W jednych znaki te zaowocują przerażeniem, strachem i omdleniami, ale dla innych będą radością. Wszyscy rozpoznają powracającego Chrystusa i już nikt nie będzie wątpił, że to On jest Panem i że to przed Nim zegnie się każde kolano (por. Flp 2,10). W jednych moment ten wzbudzi lęk i przerażenie, w innych wielką radość, że oto już wraca Zbawiciel, że nadchodzi czas zjednoczenia z Nim! Chrystus i Ewangelia dzielą bowiem świat, pokazują wyraźnie różnicę między tymi, którzy narodzili się z Boga i znają Go, a tymi, którzy żyją poza Nim.

Adwent, który rozpoczynamy, ma stać się czasem refleksji, w którym będziemy odpowiadać sobie na pytanie: Czy należę do Boga? Czy moment końca świata, końca mojego świata (mojej śmierci) będzie oczekiwany z radością, czy z przerażeniem? Nie brakuje bowiem chrześcijan, którzy boją się śmierci, bo wiedzą, że to, co mają, wówczas się skończy. Nie brakuje tych, którzy chcieliby żyć jak najdłużej, zachować na długie lata dobre zdrowie, majątek, relacje, ten świat… Nie brakuje także i tych, którzy wyciągają do Boga ręce i wołają: „Marana Tha!” (Ap 22,20) – tak jak kończy się Księga Apokalipsy św. Jana – „Przyjdź, Panie Jezu!”, „Wracaj szybko!”, „Marana Tha – niech nastanie moment mojego zjednoczenia z Tobą!”. Tak wielu współczesnych chrześcijan żyje na tym świecie tęsknotą nieba.

Ci, którzy chcą zachować swoje życie na tym świecie, stracą je, ale ci, którzy żyją z Bogiem – zachowają je (por. Łk 9,24). Dla tych, którzy tęsknią za Chrystusem, tęsknią za niebem, dzień końca nie jest przerażający. Nie będą rozpaczali, że coś tracą, lecz będą chwalić Boga, że zyskują coś, co nigdy nie przeminie. Nasze życie bowiem się zmienia, lecz się nie kończy. Będzie ono trwać w Bogu. Jeżeli tylko, tak jak mówi psalmista, do Pana będziemy wznosili swoją duszę (por. Ps 25), będziemy szukać tego, co nie przeminie, co jest święte.

Nasi przodkowie w święte oczekiwanie Pana, w wyciąganie rąk i wyczekiwanie na Jego powtórne przyjście, weszli 1050 lat temu, kiedy to drużyna na czele z księciem Mieszkiem I przyjmowała chrzest. Oczywiście, wielu naszych przodków żyjących na terenach znajdujących się daleko od jego grodu – miejsca chrztu, nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, co się dzieje. Chrześcijaństwo było wprowadzane całymi latami. Jeszcze w XVI-XVII w. dochodziły informacje, że na obszarach pogranicznych Korony i Litwy wciąż spotykano ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Chrystusie. Recepcja wiary trwała długo, ale zaowocowała tym, że dziś żyjemy w społeczeństwie, które u fundamentu ma miłość i miłosierdzie. Żyjemy w społeczeństwie, które nie wyobraża sobie tego, że będzie się obwiązywało bombami i wychodziło na stadiony czy deptaki, by się detonować i organizować akcje terrorystyczne. To, że 1050 lat temu książę Mieszko I podjął decyzję, że wprowadza swój kraj na tory chrześcijańskiej miłości i miłosierdzia, sprawiło, że u fundamentu przyszłego polskiego społeczeństwa stanęły: miłosierdzie, przebaczenie, cierpliwość, radość, pokój, wyrozumiałość (por. Ga 5,22).

Pragniemy wraz z całym narodem polskim dziękować Bogu i chwalić Go, że weszliśmy w orbitę Bożego miłosierdzia. W ten szczególny rok, w którym dziękujemy Bogu za 1050-lecie chrztu Polski, papież Franciszek ogłasza nadzwyczajny Rok Miłosierdzia Bożego. Rok, który ma nam uświadomić, co leży u fundamentu wiary, Kościoła – miłosierna miłość Chrystusa, który oddaje życie za przyjaciół. Jezus wyniszcza siebie na krzyżu, aby inni mieli życie. Nie odbiera życia, ale oddaje życie, aby inni mieli je w obfitości. Patrząc na zagrożenia ostatnich czasów, doskonale widzimy, przed czym Chrystus nas chroni. Dziękujemy Mu, że na sercach chrześcijan wycisnął pieczęć nie zemsty i pogardy, przymusu i terroru, ale pieczęć łagodnego dawania życia za braci i siostry. Chrześcijaństwo – wybór Chrystusa – jest ciągłym umieraniem dla zła i rodzeniem się dla dobra. Niczym innym nie może też być Adwent, czas szczególnej pracy duchowej, aby to, co złe, umierało i umniejszało się, by wzrastał Chrystus.

Bracia i siostry, wykorzystajmy dobrze ten czas łaski przez pokutę i miłosierdzie, przez uczynki miłosierne i zaparcie się samego siebie, zaparcie się swojego egoizmu, który prowadzi nas wciąż do zła i do tego, byśmy to my sami byli wywyższeni. W czasie Adwentu Chrystus przypomina nam, że prawdziwą droga wywyższenia człowieka jest jego uniżenie się przed Bogiem. Tak jak On-Pan nie przyszedł po to, aby Jemu służono, lecz aby służyć (por. Mt 20,28 ). To uniżenie Boga będziemy kontemplować w sposób szczególny w Wigilię Bożego Narodzenia, gdy pochylimy się nad małą, ubogą Dzieciną położoną w żłobie, biedzie i wielkiej prostocie, Dzieciną, która przychodzi, aby objawić miłosierną miłość. Adorując małą Dziecinę, będziemy w sposób szczególny dziękować za mentalność miłości i miłosierdzia. Będziemy się modlić, dziękując Bogu za to, że w nasze serca wkłada pragnienia bardziej dawania, niż brania, bardziej służenia, niż bycia obsługiwanym.

Adwent to czas szczególnego rachunku sumienia, czynienia refleksji, na ile żyję Chrystusem. W tym rozpoczynającym się nowym roku liturgicznym warto jednak również podjąć refleksję nad tym, czy żyję chrztem i wszystkimi konsekwencjami, które z niego wypływają oraz na ile jestem człowiekiem miłosierdzia.

Dla tych bowiem, którzy są z Chrystusem, na końcu świata przyjdzie On nie jako surowy Sędzia, ale jako miłosierny Zbawiciel, który otworzy szeroko swoje dłonie i powie: „Dobrze, sługo dobry i wierny! W małej rzeczy byłeś wierny, nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości twojego pana” (Mt 25,21).

Chciejmy tak przeżywać czas Adwentu, by usłyszeć ten miłosierny głos zapraszający nas do bliskości oraz na ucztę z Oblubieńcem, która się nigdy nie skończy.

Skomentuj

avatar